Nie wiemy, ilu jest naprawdę chorych na COVID-19, ani ilu naprawdę jest zmarłych. Tymczasem plan „B” okazuje się być wydmuszką

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Szpital Narodowy na Stadionie Narodowym w Warszawie
Szpital Narodowy na Stadionie Narodowym w Warszawie brak
Dynamika przyrostów nowych chorych wydaje się ulegać pewnemu zahamowaniu. O spadkach nie ma jeszcze mowy. Polski system testowania na obecność koronawirusa stał się niewydolny, służba zdrowia przestała sobie radzić, zaś szpitale tymczasowe mogą okazać się powtórką ze Szpitala Narodowego. Mamy też eksplozję zgonów

Najbliższe dni powiedzą nam, czy obserwowane w ostatnim tygodniu pewne wyhamowanie dynamiki postępów epidemii koronawirusa w Polsce będzie miało bardziej trwały charakter. Ostatnie, czwartkowe dane mają niestety dość niepokojący charakter - po dwóch dniach z dziennymi liczbami nowych zakażeń nieco poniżej 20 tysięcy, w czwartek znów odnotowano ich niemal 24 tysiące.

I tak jednak poruszamy się w COVID-owej mgle - na skutek niewydolności systemu testowania nie mając pełnego obrazu skali epidemii w Polsce - o czym szerzej za chwilę. Jednocześnie dzienne liczby zachorowań wciąż potężnie przekraczają granice wytrzymałości polskiego systemu ochrony zdrowia - który zawalił się mniej więcej po przebiciu progu 10 tysięcy nowych przypadków dziennie. W dodatku tworzony ad hoc plan B mający zaradzić przepełnieniu szpitali powoli okazuje się niewypałem, jeśli nie wręcz programem budowy wiosek potiomkinowskich. Jeżeli szykowane przez władze szpitale tymczasowe okażą się równie mało skuteczne, jak Szpital Narodowy, ich uruchomienie niemal nie zmieni dramatycznej sytuacji w polskiej służbie zdrowia.

Czytaj także

Zacznijmy od testów. Odkąd premier Mateusz Morawiecki postraszył Polaków wizją narodowej kwarantanny, dynamika wzrostów dziennej liczby nowych zachorowań wykazywanych w statystykach resortu zdrowia uległa jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spowolnieniu. Zarazem jednak w ciągu niespełna dwóch tygodni prawie dwukrotnie spadła przeprowadzana w ciągu doby liczba testów - zaś odsetek tych z wynikiem pozytywnym prawie dwukrotnie się zwiększył.

Był 4 listopada, gdy szef rządu przedstawił nowe progi wprowadzania obostrzeń i zapowiedział możliwość ustanowienia pełnego lockdownu określonego mianem „kwarantanny narodowej”. Miałby on zostać wprowadzony, gdyby tygodniowa średnia nowych dziennych przyrostów zakażeń przekroczyła 70 przypadków na 100 tysięcy mieszkańców. Przekładałoby się to na tygodniową średnią 26 600 nowych przypadków dziennie. Ponieważ w tamtym momencie dzienne liczby zakażeń przekraczały już ten poziom, lockdown wydawał się niemal nieuchronny.

Dosłownie dzień po konferencji premiera liczby nowych zakażeń przestały jednak rosnąć. Oficjalne dane ministerstwa zdrowia wykazują od tamtego momentu wyraźne zahamowanie dynamiki wzrostów liczby zachorowań. Zarazem jednak pojawia się coraz więcej pytań, jak duży wpływ na te nieco uspokajające statystyki mógł mieć bardzo wyraźny spadek liczby przeprowadzanych testów przy jednoczesnym gwałtownym wzroście odsetka tych z wynikiem pozytywnym. Innymi słowy - czy czasem nie widzimy gorączki, nie dlatego, że spadła, tylko dlatego, że termometr został może nie stłuczony, ale uszkodzony.

Prześledźmy zatem, co działo się z wynikami testów. Odsetek testów pozytywnych wzrastał początkowo niemal dokładnie w miarę postępów epidemii. W miesiącach poprzedzających drugą falę epidemii codziennie był bardzo niski - i tylko rzadko zbliżał się do progu 5 procent - wskazanego przez WHO jako granica pełnego panowania nad postępami epidemii. Sytuacja zmieniła się w ostatniej dekadzie września. Bariera 5 procent padła i odsetek wyników pozytywnych zaczął szybko wzrastać. Dokładnie wtedy zaczęła się eskalacja drugiej fali pandemii. Wtedy też zaczęła się utrata kontroli nad samą jej skalą.

4 października odsetek wyników pozytywnych wśród ogółu przeprowadzonych testów po raz pierwszy przekroczył 10 procent. Od 8 października był nieprzerwanie dwucyfrowy. 17 października przekroczył 20 procent. 26 października był już powyżej 30 procent. 4 listopada po raz pierwszy odnotowano więcej niż 40 procent wyników pozytywnych wśród ogółu przeprowadzonych testów. Od tego czasu odsetek jeszcze gwałtowniej wzrastał - jednak już bez analogicznych wzrostów liczb dziennych zachorowań.

Co wydarzyło się 4 listopada? Pierwsza konferencja premiera poświęcona „bezpiecznikowi” i „kwarantannie narodowej”. Dosłownie dzień później przeprowadzono do dziś rekordową liczbę testów - ponad 80 tysięcy. Od tego czasu dobowe liczby przeprowadzanych testów zaczęły spadać a odsetek testów z wynikiem pozytywnym nieubłaganie rósł.

Wreszcie 15 listopada ustanowiony został rekord - wskazań pozytywnych było aż 59 procent - przy łącznie zaledwie 35,1 tysiącach wykonanych testów. Następnego dnia wykonano prawie 42 tysiące testów a odsetek wyników pozytywnych wyniósł 45,6 procent.

Jeśli chodzi o testy i ich wyniki mamy do czynienia z ogromnym wręcz zróżnicowaniem regionalnym. Najlepiej sytuacja wygląda w województwach mazowieckim i pomorskim. W ostatnim tygodniu odsetek testów pozytywnych wynosił tam kolejno: 24, 1 i 19,3 procent. Tymczasem średnia dla całej Polski sięgała 46,5 procent. Ale w innych województwach było już dużo gorzej. Na Śląsku tygodniowa średnia wyniosła 50,1 procenta. Na Podlasiu 55,7. Za to w Małopolsce aż 97,6 procenta!

Ale to jeszcze nie koniec - bo w trzech województwach odsetek wyników pozytywnych przekraczał… 100 procent. Było tak w województwach podkarpackim (107,6 procenta), lubuskim (149,6 proc.) i opolskim (aż 161, 6 proc.). Jak to w ogóle możliwe? Najprawdopodobniej wynika to z faktu, że sanepid uwzględnia wyniki pozytywne testów przeprowadzonych odpłatnie, natomiast samych testów nie wlicza ich do ogólnej puli przeprowadzonych w całym województwie.
Jeszcze jedna wątpliwość wiąże się z brakiem zgodności danych o nowych zachorowaniach dla województw prezentowanych przez Ministerstwo Zdrowia z tymi wykazywanymi przez powiatowe Stacje Sanitarno-Epidemiologiczne. Pewnych rozbieżności rzecz jasna trudno uniknąć, również PSSE wprowadzają rozmaite korekty do swoich danych - skala, o którą chodzi w tym wypadku jest jednak bardzo niepokojąca. Jak wyliczył Michał Rogalski, twórca najpełniejszej polskiej bazy danych o epidemii, w wypadku województwa mazowieckiego różnica narastała od wielu dni, a w ostatni poniedziałek wynosiła już 14, 2 tysiąca przypadków - na niekorzyść danych prezentowanych przez resort zdrowia. Minister zdrowia Adam Rogalski poinformował w sobotę, że zlecił przeprowadzenie kontroli w celu wyjaśnienia tej sprawy. Po kilku dniach doprecyzował, że rozbieżności rzeczywiście istnieją, twierdząc jednocześnie, że resort miał tego świadomość już wcześniej.

Szwankuje również - jak widzieliśmy już wyżej - system zbierania statystyk o testach (i ich wynikach) przeprowadzanych poza publiczną służbą zdrowia. Nie sposób oszacować, jaka część danych o testach przeprowadzanych odpłatnie trafia do statystyk.

Czytaj także

To wszystko, co dotąd wiemy o kwestii testów, to zdecydowanie za mało, by postawić resortowi zdrowia czy sanepidowi zarzut celowego manipulowania skalą i tempem ich przeprowadzania w celu wykazania spowolnienia w postępach epidemii.

Zarazem jednak widzimy czarno na białym, że podczas gdy liczba przeprowadzanych testów od 5 listopada znacząco spadała, jednocześnie znacząco rósł odsetek tych z wynikiem pozytywnym. W obu wypadkach różnica była prawie dwukrotna. 15 listopada wyników pozytywnych było prawie 60 procent, co oznaczało, że spośród tych Polaków, którzy stanęli w kolejkach do wymazów zdecydowana większość była zakażona koronawirusem.

To zaś sprawia, że całkowicie tracimy kontrolę nad realną skalą epidemii - i tym samym tempem rozprzestrzeniania się koronawirusa. Nie pozwala to ani oszacować realnych potrzeb służb zdrowia (w tym liczby dostępnych miejsc, niezbędnych respiratorów, zasobów personelu i środków medycznych od leków po tlen), ani nawet prognozować przybliżonego czasu zakończenia drugiej fali epidemii.

Radą na stan załamania w systemie ochrony zdrowia miały być szpitale tymczasowe. Pod koniec października byliśmy wręcz zasypywani zapowiedziami ich budowy - miały powstawać we wszystkich miastach wojewódzkich - w niektórych po kilka, a także wszędzie tam, gdzie istnieje pula możliwości do ich stworzenia, przy jednoczesnym zapotrzebowaniu na miejsca dla chorych z COVID-19. Budowa szpitali tymczasowych miała dać służbie zdrowia kolejnych kilka tysięcy takich miejsc - i to w pierwszym etapie.

Do dziś (nie licząc kilku mało znaczących przekształceń istniejących już oddziałów szpitalnych w szpitale tymczasowe) mamy tylko jedno studium przypadku. Jest nim Szpital Narodowy, otwarty na warszawskim Stadionie Narodowym. Placówka, która w założeniach miała rozwiązać problem braku miejsc dla chorych na COVID-19 w Warszawie, a która dziś nazywana jest przez lekarzy kpiąco „Narodowym Izolatorium”.

Prace nad uruchomieniem Szpitala Narodowego zaczęły się miesiąc temu. 22 października ruszyła słynna już strona internetowa, na której w tonie typowym dla korporacji obiecujących ciekawe doświadczenia zawodowe i mnóstwo fascynujących wyzwań rekrutowano personel. Ostatecznie szpital ruszył z prawie tygodniowym poślizgiem

W ostatni poniedziałek szef Szpitala Narodowego poinformował w radiu Zet z dumą, że w jego placówce jest już ponad 30 pacjentów. Za moment dodał, że było ich już łącznie 60, ale część albo wyszła do domu, albo opuściła szpital… ze względu na pogorszenie się ich stanu zdrowia.

Szpital Narodowy ma bowiem to do siebie, że nie leczy pacjentów w stanach ciężkich - pacjentów wymagających respiratora lub intensywnej wysokoprzepływowej tlenoterapii nawet nie przyjmie. Co więcej - kryteria przyjęć do tej placówki wykluczają pacjentów z chorobami współistniejącymi i nie mogących się samodzielnie poruszać. W efekcie w Szpitalu Narodowym nie leczy się prawie nikogo.

Sam Szpital Narodowy zaś tego nawet nie ukrywa. We wtorek na jego profilu na Twitterze zamieszczono pakiet zdjęć, na których wśród rzędów pustych łóżek aż czterech członków personelu medycznego w skafandrach i najlepszych spośród tych będących w użyciu maskach uwija się wokół nowo-przyjętego pacjenta. - Bez żadnej ściemy - u nas jest dobrze, jak czworo ludzi z personelu jest jednocześnie na dyżurze na całym zapełnionym oddziale na setkę pacjentów - napisał do mniej po tym tweecie lekarz leczący COVID-19 w jednym z warszawskich (czyli i tak zaopatrzonych i obsadzonych personelem wyjątkowo dobrze jak na polskie warunki) szpitali.

Problemy ze Szpitalem Narodowym nienajlepiej wróżą całej akcji tworzenia szpitali tymczasowych w innych niż Warszawa polskich miastach. Te zaś wciąż są na etapie powstawania. Szpital tymczasowy w MCK w Katowicach jest budowany od 2 listopada. Szpital w hali Expo w Krakowie ma zostać otwarty „jeszcze w listopadzie”. Ten w Płocku - tworzony pod skrzydłami Orlenu - również jeszcze nie jest gotowy - ma być otwarty 1 grudnia. Jeszcze później ten tworzony przez Energę w Ostrołęce.

De facto zatem szpitali tymczasowych nadal w Polsce nie ma. Kiedy zaś już będą - nie sposób odpowiedzieć na pytanie, czy staną się bardziej przydatne niż świadczący jedynie bardzo podstawową opiekę Szpital Narodowy w Warszawie.

Dzienne przyrosty zachorowań wciąż utrzymują się na poziomie dwukrotnie (i ponad) wyższym, niż granica realnej wydolności polskiego systemu ochrony zdrowia (nie więcej niż 10 tysięcy zachorowań dziennie, być może jednak tylko kilka tysięcy). Płacimy za to zatrważająco rosnącymi statystykami zgonów - w co wliczają się zarówno ofiary samego korona wirusa, jak i załamania systemu ochrony zdrowia. W czwartek serwis Bankier.pl opublikował dane zebrane z Rejestru Stanu Cywilnego za pierwszy tydzień listopada (od 2 do 8 dnia miesiąca). Zmarło w tym czasie aż 16,1 tysięcy Polaków, podczas gdy przed rokiem w tym samym okresie odnotowaliśmy w Polsce 7,6 tysięcy zgonów. Śmiertelność w Polsce uległa więc podwojeniu - i to z naddatkiem (wzrost o 112 procent). Zmarło zaś o 8,5 tysiąca więcej osób niż przed rokiem - podczas gdy oficjalne statystyki zgonów z powodu COVID-19 mówią nam o około 2,5 tysiącach ofiar śmiertelnych w tym okresie. Część z pozostałych 6 tysięcy ofiar zmarła z powodu innych chorób przy jednoczesnym ograniczeniu dostępu do opieki medycznej - czy wręcz jego braku. Część zaś to również ofiary koronawirusa - jednak te, które zmarły zanim przeprowadzono u nich test na obecność SARS-CoV-2 lub przed otrzymaniem jego wyniku.

Prawdopodobnie nigdy nie zdołamy precyzyjnie zliczyć, ilu Polaków okazało się bezpośrednimi ofiarami epidemii - a ilu pośrednimi - mówimy tu o zmarłych na skutek załamania systemu opieki medycznej. Już teraz wiemy jednak, że dane za kolejne tygodnie listopada mogą okazać się wręcz przerażające - zwłaszcza teraz, gdy oficjalne liczby zgonów z powodu zakażenia koronawirusem przekraczają już 600 dziennie.

Najnowsze oferty na Black Friday

Materiały promocyjne partnera

Osocze ozdrowieńców pod lupą badaczy

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.