Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Almanach prowincjonalny po raz 22 [ZDJĘCIA]

Alek, RCK
Rozmowy Marka Rapnickiego z zaproszonymi gośćmi: Agnieszką Kosińską - osobistym sekretarzem Czesława Miłosza oraz poetą Janem Polkowskim, ponadto koncert zespołu Zbigniewa Forysia oraz wystawa rysunku Pauliny Puczek. Tak wyglądał wieczór promocyjny 22. już numeru "Almanachu Prowincjonalnego" wydawanego przez Raciborskie Centrum Kultury. - To fenomen kulturalny - mówiła o piśmie dyrektor RCK Joanna Maksym-Benczew.

Almanach prowincjonalny po raz 22

Wieczór rozpoczął i zakończył występ zespołu Zbigniewa Forysia. Artysta z Raciborza mający na koncie grę w legendarnym Lombardzie, wystąpił tym razem z Jarosławem Korzonkiem (perkusja) i Dominikiem Gawrońskim (trąbka).

W 22. numerze Almanachu znajdziemy bloki dobrze już czytelnikom znane. Wypełniane są przez stałych autorów, m.in. ks. prof. Jerzego Szymika. W najnowszym numerze znajdziemy reportaże, eseje z cyklów „Z ziemi polskiej do włoskiej”, czy „Z naszych miejsc” oraz kontynuację opowieści o zwiedzaniu Ziemi Świętej. Numer otwierają wiersze redaktora Kuczkowskiego - naczelnego Toposu, sopockiego dwumiesięcznika. Są też rysunki tuszem 15-letniej Pauliny Puczek. Oryginały można było podziwiać na wystawie podczas wieczoru promocyjnego. Jest również fragment drugiej książki o Rzymie Marka Rapnickiego.

Wieczór promujący najnowszy numer "Almanachu Prowicjonalnego" to zawsze przede wszystkim ciekawe rozmowy. Tak było i tym razem. Gośćmi RCK byli: poeta Jan Polkowski oraz Agnieszka Kosińska, która była osobistym sekretarzem Czesława Miłosza (w latach 1996 – 2004, czyli od sprowadzenia się artysty do Polski na stałe i zamieszkania w Krakowie, aż do śmierci).

Agnieszka Kosińska już na początku rozmowy przyznała, że kino jest jej drugą pasją, co jest zresztą widoczne w książce pt. „Miłosz w Krakowie”. - Jest w niej dużo o kinie i dużo o kinie z Miłoszem. Do kina chodziliśmy razem i ku uciesze całej sali, bo ze względu na wiek oglądającego, to znaczy Miłosz miał około dziewięćdziesięciu lat i w prawdzie mógł właściwie wszystko doskonale zobaczyć, ale troszkę gorzej słyszał i nie nadążał za listą dialogową, więc ja tę listę dialogową czytałam, przy okazji dla całej sali i cała sala była zadowolona bardzo, bo miała z dykcją, głośno, prawda, przy okazji obecności Noblisty - wspominała z uśmiechem Agnieszka Kosińska.

„Miłosz w Krakowie”, jak mówi autorka, to powieść z życia. - Z tego okresu, kiedy z nim byłam, uczestniczyłam w jego życiu. A jest to niemało, bo osiem lat. Wracam też do początku, dlatego że Miłosz wracał do swoich początków, do dzieciństwa, do swoich wyborów życiowych. Jest to właściwie można rzec jedyna książka, która opowiada tak szczerze, jednocześnie źródłowo, o jego rodzinie, o jego żonach, o jego kobietach, o synach, o pisarzach, z którymi się przyjaźnił, o pisarzach, których nie lubił. Dlaczego po raz pierwszy szczerze? Bo miałam wyjątkową perspektywę i postanowiłam zrobić z niej użytek - opowiadała autorka.

Ile i co Miłosz pani dał? - pytamy. - Dwadzieścia lat temu przyszłam do mieszkania Miłosza na Bogusławskiego 6 w Krakowie i do tej pory z tamtego mieszkania nie wyszłam. Na dwadzieścia lat zmieniłam moje życie, chociaż jestem osobą, która wtedy tam zaczynawszy tę pracę dla Miłosza, miała prawie trzydzieści lat i wiedziałam, co chcę w życiu robić. Jestem osobą rezolutną, upartą, ambitną i tak łatwo bym mojego życia nie zmieniła, ale no właśnie, to był człowiek fascynujący i chociaż przyszłam do pracy, do zwyczajnej pracy, do autora, którego nawet nieszczególnie znałam, to trwało to dwadzieścia lat. Zadaje akurat pani to pytanie w bardzo ważnym momencie mojego życia, bo wszystkim wokół mówię i wszyscy się z tego śmieją, że zmieniam swoje życie, to znaczy chcę właśnie zacząć żyć - mówiła Agnieszka Kosińska.

Od razu przypadliście sobie do gustu? - Miłosz jak mnie zobaczył powiedział do swojej żony Amerykanki, to jest słynne zdanie, bardzo miłoszowskie: „Carol, I don’t need any secretary”, ale za chwilę zadał mi kilka pytań: a umie pani coś, pisze pani na maszynie, w domyśle na komputerze, zna pani jakieś języki? I umówił się ze mną na następną roboczą sesję i wtedy też, zamiast tego co miałam robić, czyli pracować z nim nad korespondencją po polsku, po angielsku, zaczęliśmy robotę edytorską i ponieważ ona była trudna, no to ja z nerwów się bardzo dużo i często śmiałam, a on nie wiedząc z czego ja się śmieję, śmiał się ze mną i być może właśnie ten śmiech nas zbliżył. Potem się oczywiście okazało, że ja jestem bardzo różna, że on jest bardzo różny, że dzieli nas przecież pół wieku, ale są rzeczy, które mogą, nawet pomimo takiej różnicy, zbliżać - zakończyła.

Czuwający nad "AP" Marek Rapnicki zawsze podkreśla, że "tego pisma właściwie nie powinno być". - Czytelnictwo zanika, zanikają kontakty międzyludzkie, siedzimy przed monitorami i niedługo będziemy się całować przez telefon. A Almanach jest pismem, które się bierze do ręki, w którym można znaleźć rzeczy wartościowe. To pismo, które ma zwykle ponad sto stron, ono nie nadaje się do pieca, nie wyrzuca się takiego biuletynu tak jak gazety. Almanachy gdzieś tam zostają, zostają w prywatnych biblioteczkach, w bibliotekach, Polski i Czech, tu i ówdzie, no i po prostu świadczą o tym, że jakiś procent z nas jeszcze chce pisać, no a inni może chcą czytać - mówił Marek Rapnicki.

"Almanach Prowincjonalny" można kupić w kasach raciborskiego Centrum Kultury, a także w Raciborskim Centrum Informacji przy ul. Długiej 2 oraz w księgarni Sowa. Cena to 10 zł.

od 7 lat
Wideo

Jak czytać kolory szlaków turystycznych?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na raciborz.naszemiasto.pl Nasze Miasto